Za moich czasów (kiedy to było) w pierwszej klasie; słuchało się nauczycielki: tej wielmożnej, strasznej i mądrzejszej o niewyobrażalne lata świetlne; jak pana Boga. A skoro już o nim mowa, niewiara w starego pana z siwą bródką, który kręci swoim wszechwiedzącym paluszkiem; była rzeczą karygodną. Każdy pobożnie składał swoje jeszcze niewinne łapki i gorliwie się modlił. Pamiętam jak przeżywałam swoja pierwszą spowiedź. Na kartce rozmiaru... no bynajmniej, trzy razy mniejszej od a4 wypisałam wszystkie swoje grzechy. Wypisałabym je...ale nie pamiętam co się w tedy robiło. Ogólnie porównując moje dzisiejsze zachowanie z tym, sprzed kilku lat; stałam się niewyobrażalnym chamidłem zarówno w stosunku do nauczycieli, jak i do kolegów/żanek. Chyba w trzeciej klasie, po 'wykrzyknięciu' "on jest gejem", omal się nie rozryczałam. Może to dla tego, że w tamtych czasach homoseksualizm dopiero raczkował?
W pamięci jednak, najbardziej utkwił mi niebieski tornister z Kubusiem Puchatkiem i kolorowy zeszyt w 3 linie. Ten, w którym uczyłam się pisać. Literki, które na początku były koślawe i zupełnie nieproporcjonalne, stawały się z czasem coraz bardziej smukłe. Trening czyni mistrza. No może nie mnie i nie kaligrafii.
O czym to ja miałam? Aha ogólnie wyższość naszej ukochanej ryby nad sŁOJEm nie podlega żadnej dyskusji.









--
Anca Cernoschi [link]
--
Jeszcze nikt nie rozbił się o niebo.
Previous Page12345...Next Page